Luksus – nadmierne marnotrawstwo czy wyjątkowe standardy?
(Nie) Odpowiedzialność w branży odzieżowej

Luksus – nadmierne marnotrawstwo czy wyjątkowe standardy?

Luksus, luksusowy, luksusowo… czyli…?! Choć samo słowo w języku łacińskim oznacza przepych i nadmiar, to dziś używane jest w celu wskazania czegoś wyjątkowego, drogiego, niedostępnego dla mas. Luksus wyraźnie kojarzy się dzisiaj bardziej z posiadaniem dóbr ekskluzywnych, niż z życiem w kulturze nadmiaru. Dobra luksusowe wyróżniają wąską warstwę społeczną, od lat wyraźnie definiują tych, którzy w strukturze społecznej są najlepiej sytuowani – tak było i tak prawdopodobnie będzie. Kiedyś „wysoka moda” była w zasięgu nielicznych, ale era fast fashion zmieniła także dostęp do dóbr z tak zwanej wysokiej półki. Luksusowe marki modowe weszły w przemysłową produkcję, odciskając jednocześnie swój ślad środowiskowy… Im częściej mówimy o rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych przez branżę odzieżową, tym mocniej nurtuje mnie pytanie: „czy nadchodzi czas na przedefiniowanie luksusu?”. Czy luksusem nie powinno być coś, co wyróżnia się od innych (marek, produktów) czymś więcej, niż tylko ceną? Czy wyjątkowość nie powinna także uwzględniać wyznaczania nowych standardów zrównoważonej produkcji luksusowego dobra opartej na tworzeniu a nie niszczeniu?

Jesteśmy w tarapatach – bez dwóch zdań. 1 sierpnia odnotowaliśmy Dzień Długu Ekologicznego, co oznacza, że cała ludzkość właśnie tego dnia wyczerpała zapasy zasobów przeznaczonych dla nas na cały rok. Wszystko co zużywamy po 1 sierpnia, „pożyczamy” od następnych pokoleń. Rzecz jasna nigdy nie oddamy. Gros z tych zasobów eksploatowanych jest przez branżę odzieżową, jak choćby woda, którą wykorzystuje się do produkcji bawełny. Wiecie, że wyprodukowanie 1 kg bawełny wymaga zużycia nawet do 29 tysięcy litrów wody? Chodzi oczywiście o cały cykl produkcyjny, począwszy od nawadniania plantacji bawełny, poprzez etapy oczyszczania, wybielania oraz farbowania. Uprawa konwencjonalnej bawełny wiąże się także z ogromnym obciążeniem środowiska pestycydami. Plantacje bawełny pochłaniają 10-25% ich światowego zużycia. Przyznacie, że to dużo! Przemysł odzieżowy odciska swój środowiskowy ślad nie tylko produkując bawełnę, ale także tworząc produkty ze skór czy futer, których pozyskanie wiąże się z ogromym okrucieństwem wobec zwierząt. Na szczęście ani cały sektor, ani poszczególne marki nie są już tak anonimowe, jak były jeszcze kilka lat temu. Wyraźnie widać, że firmy coraz chętniej deklarują swój akces do budowania zrównoważonego rozwoju. Taką marką jest także Burberry. Firma z tradycjami, znana przede wszystkim ze swojej klasycznej już kraty i trenczu. Na stronie internetowej wiele miejsca poświęca swojej „polityce Sustainability” i odpowiedzialności wobec ludzi, społeczności lokalnych i środowiska.

„Odpowiedzialne i uczciwe działanie znajduje się w naszym DNA. Nasz założyciel, Thomas Burberry, był człowiekiem o silnych zasadach filantropii, ofiarowywał Czerwonemu Krzyżowi ubrania i materiały oraz był znany z przyjmowania potrzebujących w swoim domu. Dziś wartości te stanowią podstawę kultury naszej działalności, ponieważ opieramy się na potędze naszego dziedzictwa, aby pozytywnie wpływać na naszą przyszłość”. 

https://www.burberryplc.com/en/responsibility/approach.html

 

Tymczasem, w połowie lipca świat obiegła informacja o tym, że firma Burberry puściła z dymem niesprzedane ubrania i akcesoria, których równowartość oszacowano na 38 milionów dolarów (!!!). Nie pierwszy raz zresztą, bo w poprzednich latach było podobnie. Jak donosi portal Business of Fashion, w 2017 roku spalono produkty za równowartość 35 milionów dolarów, a rok wcześniej za  niemal 25 milionów dolarów. Nie trzeba dodawać, że na wyprodukowanie tych spalonych ostatecznie ubrań i akcesoriów wykorzystano hektolitry wody, pestycydów, uśmiercono określoną liczbę zwierząt. Dlaczego tak się dzieje, że Burberry woli spalić, niż sprzedać po niższej cenie? W imię wyższych wartości…, czyli w tym wypadku przede wszystkim ochrony wizerunku marki. Przecież nie każdy może nosić Burberry, prawda? Przyznam, że w takich sytuacjach ogarnia mnie złość, bo po raz kolejny mamy dowód na to, że wielu markom, nawet tym, chcącym uchodzić za luksusowe wydaje się, że odpowiedzialnym można być tylko częściowo. No nie da się! Rozumiem, że zmiany w organizacjach zachodzą powoli. Z doświadczenia wiem ile czasu mija, zanim pracownicy różnych działów (nie tylko ds. zrównoważonego rozwoju) zrozumieją, że odpowiedzialność musi być systemowa. Ale z drugiej strony w pełni rozumiem też rozczarowanie tych, którzy przyglądają się zmianom i dyskusjom na temat zrównoważonego rozwoju a jednocześnie obserwują nie tylko to, co firmy deklarują, ale także to, co rzeczywiście robią.

Drogie Burberry, dla tych, którym NAPRAWDĘ zależy na dobru naszej Planety, palenie ubrań kosztem – powiedzmy sobie szczerze – także NASZYCH zasobów, jest mówiąc delikatne mało roztropne i wcale nie wpływa dobrze na wizerunek marki. Wręcz przeciwnie. Myślę, że wiele świadomych konsumentów, którzy decydują się na zakup po sprawdzeniu polityki odpowiedzialności, zwyczajnie może się czuć oszukanymi. Ja tak bym się czuła.

Dlatego wracam z pytaniem o pojęcie luksusu. Czy przypadkiem nie wracamy do jego pierwotnego, łacińskiego znaczenia? Czy znowu nie powinniśmy go używać w odniesieniu do przepychu, nadmiaru, z którym możemy zrobić to, co nam się żywnie podoba, nie oglądając się na innych? Może luksus dzisiaj, to także szczególne i elitarne przyzwolenie na marnotrawstwo zasobów, które dzięki zgromadzonemu kapitałowi możemy sobie jeszcze kupić? Mając świadomość, że w praktyce jest to jednak eksploatacja dóbr wspólnych (zasoby Ziemi), i że te zasoby dramatycznie szybko się kurczą, warto może jednak rozważyć czy nie starać się wiązać luksusu ze szczególnym traktowaniem odpowiedzialności, pionierstwem w rozwiązaniach w duchu sustainability, wyjątkowością w zakresie troski o WSZYSTKIE ogniwa w procesie produkcji dóbr. No ale, aby tak się stało jest tu robota do wykonania właśnie dla takich marek, jak Burberry. Jeśli to się nie stanie, luksus wciąż będzie ciążyć do elitarnego, ale jednak krótkowzrocznego nadmiaru.