Czekałam na tego bloga, trawiłam długo, co i jak komunikować. Było jasne, że blog będzie krążył wokół  mody/ubioru i społecznej odpowiedzialności. Ale od czego zacząć? W tym miejscu najwłaściwsze będzie wskazanie dlaczego od kilku już lat myślałam o tym, żeby relacjonować swoje spostrzeżenia i właśnie na tych polach. Zacznę od tego, że mam słabość do ubrań – takich dobrze wykonanych przede wszystkim. Lubię myśleć, że mam to po Dziadku (od strony Taty), który wiele lat temu miał w Toruniu pracownię krawiecką, albo po Babci (ze strony Mamy), która w szczególny sposób – nawet mając 85 lat – dbała o dopasowanie detali w swoich codziennych ubiorach, a wcześniej szyła piękną garderobę dla swoich dzieci.

2 dni temu minęła rocznica katastrofy Rana Plaza w Bangladeszu. Traktuję ten dzień jako okazję do zadania sobie pytania o koszty społeczne i środowiskowe tzw. Fast Fashion i o to, czy chcę bezrefleksyjnie brać udział w jej sukcesie. Czy chcę milczeć i udawać, że nie widzę przedmiotowego traktowania środowiska i pracowników, którzy szyją nasze ubrania w fatalnych warunkach, za głodowe stawki i w zastraszającym tempie? Ponadto czy chcę być traktowana przedmiotowo jako konsumentka.

Każdy na swój sposób odbiera modę i to co się dzieje w branży odzieżowej. Mnie szczerze mówiąc od kilku lat denerwują zakupy w odzieżowych sieciówkach i zaglądam do nich sporadycznie. Po pierwsze, w niemal wszystkich znajdziemy to samo: kształt, forma, wzór. Inaczej mówiąc, jeśli jest trend na kwieciste tuniki to wszędzie, ale to wszędzie są kwieciste tuniki. I trudno kupić coś innego, bo zewsząd jesteśmy zapewniani, że w tym sezonie właśnie w kwiecistej tunice jest Ci do twarzy – choć w większości przypadków to wierutna nieprawda.

Po drugie większość „sieciowych” ubrań ma kiepską jakość. Wynika to, jak się domyślam, z zabójczego tempa ich produkcji, dążenia do maksymalizacji zysków i przykładania minimalnej uwagi do  jakości materiałów (bo są tańsze) i jakości wykonania (bo można szybciej i więcej). „Modne” ubrania nachalnie promowane przez globalne marki, to najczęściej workowate bluzki, oversize’owe tuniki albo legginsy. To przecież jedne z prostszych form do uszycia. Kroisz materiał wg mało wyszukanej formy, szyjesz i JUŻ. That’s it. Następny proszę. Nie ma tu mowy o tworzeniu ubrań, które mają podkreślać Twoją sylwetkę, wydobywać jej atuty. Chodzi o „taśmową” i maksymalnie tanią produkcję „byle-ciuchów”. To wszystko dokonuje się przy ignorowaniu praw człowieka i ochrony środowiska. Kwestie słabej jakości wiążę też ze strategią dzielenia nas na konsumentów lepszych i gorszych. Do Polski trafiają często gorsze jakościowo ubrania. Zdarzyło mi się odwiedzić kilka „sieciówek” w Londynie czy Rzymie i tam, o dziwo, ubrania mają o wiele lepszą jakość niż w Polsce. Niby te same marki, niby te same wnętrza sklepów, ale jakość ubrań zupełnie inna. I to złości mnie bardzo! Dlaczego jestem traktowana jako konsumentka gorszej kategorii?

Po czwarte, większość z tych rzeczy, biorąc pod uwagę ich jakość czy brak oryginalności, nie jest wcale taka tania. Byłoby super gdyby pieniądze, które za nie płacimy, trafiały do wytwarzających je osób. Niestety w większości przypadków lwia część ceny trafia do firm odzieżowych i agencji reklamowych, a Ludzie – dorośli i dzieci – na końcu łańcucha dostaw – pracują za głodowe stawki.

To czego nie lubię, to sposób traktowania klientów i wmawiania nam, że potrzebujemy coraz więcej, kiepskich jakościowo i byle jak wykonanych ubrań. To często wymyślanie co sezon „przebojów” modowych i uruchamianie potężnej machiny marketingowej, przez którą wydaje nam się, że np. plastikowe trampki na koturnach to rzeczywiście coś, co musimy mieć. I hola, hola … musisz je mieć, ale oczywiście wyłącznie na jeden sezon. Bo w kolejnym Twoją wartość wyznaczą już zupełnie inne rzeczy.

Kiedy sklepy organizują sobie wyścigi pt. „Kto pierwszy złapie klienta na etykietę SALE”  zdarza się często, że sterta ciuchów leży w wielkim pojemniku. A „Ty kliencie jak chcesz to sobie tam poszperaj. Jak znajdziesz jakiś łup to ok, jak nie, to nie – przecież i tak mamy Cię w nosie”. Czy można to inaczej odczytać?Te pogniecione, kolorystycznie pomieszane i wrzucone do pojemnika rzeczy wyglądają jak śmieci w koszu, odpadki ze świata hierkonsumpcji (co moim zdaniem wyraża też stosunek do tych ubrań kadry zarządzającej markami). My-konsumenci traktowani jesteśmy jak ci, którzy na tę bylejakość rzucą się z wypiekami na twarzy…

Czym dla mnie jest Fast Fashion? Coraz bardziej myślę, że  w dużej mierze lekceważeniem, chciwością i krótkowzrocznością ze strony ludzi zarządzającymi lwią częścią globalnych marek odzieżowych. Warto więc  sprawdzić czy można inaczej…