Kiedy w piątek rano jechałam z dziećmi do szkoły redaktor radiowej Trójki przypomniał katastrofę Titanica, w której 104 lata temu zginęło ponad 1500 osób. Pomyślałam, że to niesamowite, że tyle lat po tragicznych wydarzeniach na Atlantyku ta historia wciąż  elektryzuje i rozbudza wyobraźnię. I choć nie była to największa ani tym bardziej jedyna katastrofa na morzu, to dzięki wielu reportażom, opracowaniom naukowym, filmom i wystawom poświęconym przedmiotom, jakie zostały po pasażerach tego tragicznego rejsu  wciąż to wydarzenie przykuwa naszą uwagę.

I nagle druga myśl. Hej! Przecież trzy lata temu w kwietniu także ponad tysiąc osób (dokładnie 1134) zginęło w innej katastrofie. 24 kwietnia 2013 roku runęła fabryka Rana Plaza w Bangladeszu.

Ale chyba tu analogia się kończy. Nooo, mogłabym jeszcze dodać, że katastrofa Rana Plaza to niestety nie wyjątek. Dochodzę zatem do momentu w którym w kilku słowach opowiem jak to się stało, że powstała akcja Fashion Revolution Day i komu to jest potrzebne.

FullSizeRender

Pomysł na Fashion Revolution Day zrodził się tuż po 24 kwietnia 2013, czyli dniu katastrofy budowlanej, która nagłośniła fakt jawnego lekceważenia bezpieczeństwa pracowników, szyjących w skandalicznych warunkach ubrania największych globalnych marek. Polacy dzięki wydarzeniom w Dhace dowiedzieli się, że problem dotyczy także „naszej” marki Cropp, której metki odkryto w zgliszczach budynku.

Trzeba sobie jasno powiedzieć – to nie był nieszczęśliwy wypadek, ale efekt wielu zaniedbań i naruszeń prawa budowlanego. W książce „Życie na miarę” Marka Rabija poznajemy dziewczynę, która mówi tak: „Z każdym dniem coraz bardziej baliśmy się tego przeklętego budynku. Wchodząc rano do pracy, zastanawiałam się, czy najbliższy wieczór spędzę w domu, czy w szpitalu (…) jeżeli się przyłożyło rękę do ściany, czuć było jak gmach się napina i drży, prawie jak brzuch żywej istoty. Siedziałyśmy więc przy maszynach i co chwila zerkałyśmy czy z sufitu nie leci wentylator, albo większy kawał stropu. Dziewczyny panikowały, że może runąć cały budynek, ale mnie się to nie mieściło w głowie”. Runął. Ciekawe jest także to, że w banglijskich fabrykach, czego dowiadujemy się z relacji Rabija, magazyny z uszytymi ubraniami znajdują się zazwyczaj na dolnych kondygnacjach, by w razie pożaru czy katastrofy szybko wynieść towar, a wyjścia ewakuacyjne dla pracowników często są niedostępne lub pozamykane. Musicie przyznać że przezorność właścicieli fabryk jest niezwykła.

Jednego im nie można zarzucić – spójności. Są bowiem bardzo konsekwentni, bo poza lekceważeniem prawa budowlanego (i bezpieczeństwa pracowników) właściciele fabryk tak marnie wynagradzają pracowników, że tych nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Właściwie można to nazwać jałmużną. Normą jest to, że dziećmi pracownic zajmują się krewni mieszkający w odległych wsiach, co powoduje, że te widzą się ze swoimi dziećmi raz w roku – o ile oczywiście uzbierają przez ten rok na bilet. Normą jest także brak zabezpieczenia pracowników przed toksycznymi substancjami, z którymi mają do czynienia, szyjąc nasze ubrania. Nie ma tu też mowy o zabezpieczeniu socjalnym, a przemoc fizyczna i psychiczna to regularna praktyka. Wiele z tych wątków zostało poruszonych w doskonałym dokumencie „The True Cost” .

Jak widać na pierwszy plan wysuwa się chciwość, minimalizowanie kosztów, dążenie do maksymalizacji zysku kosztem wielowymiarowego bezpieczeństwa pracowników fabryk odzieżowych – tych, którzy nie mają prawa do głosu. I żeby było jasne, nie mówimy tu tylko o chciwości właścicieli fabryk, ale o zarządach globalnych marek. Co więcej, przede wszystkim o nich! To oni są odpowiedzialni za naszkicowany tu sposób funkcjonowania przemysłu odzieżowego. System jest tak skonstruowany, że zyskują TYLKO marki – to one naciskają na dostawców i „wymuszają” jak najniższe ceny oraz jak najkrótszy termin realizacji zamówienia. Jeśli przyciśnięty do ściany właściciel fabryki zgodzi się na „proponowane” warunki, zdarza się, że nagle duży KLIENT dokłada kolejną partię ubrań do uszycia. Terminy się kurczą, w końcu następują opóźnienia i wówczas rozpoczyna się druga faza negocjacji, które raczej sprowadzają się do ultimatum: „Albo schodzicie z ceny albo cofamy zamówienie”.

Tak w skrócie wygląda sytuacja osób szyjących nasze ubrania. Na pewno spotkaliście się już z pojęciem współczesnego niewolnictwa. Tak, to zjawisko dotyczy także branży odzieżowej. Mając tyle danych, warto zadać sobie pytanie, czy chcemy być trybikami w tej machnie?! Całkowicie zgadzam się ze słowami Marka Rabija, który w swojej książce pisze tak: „Dyktatorzy mody i producenci odzieży oczekują od nas wyłącznie ślepego posłuszeństwa. Mamy odebrać towar, który dla nas zamówili i zapłacić możliwie jak najszybciej i jak najwięcej”. Osobiście uważam, że akcja Fashion Revolution Day, który jest manifestacją coraz bardziej świadomych konsumentów, potrzebna jest nie tylko pracownikom fabryk odzieżowych ale także nam – klientom. Jako konsumentka nie godzę się na produkowanie tak dużej ilości nikomu niepotrzebnych ubrań, do tego często brzydkich i słabej jakości. Garderoby szytej celowo tak, by po kilku praniach nadawała się jedynie do wyrzucenia. Czuję opór wobec wmawiania nam, że potrzebujemy ciągle nowych ubrań. Nie chcę być przedmiotem w tej machinie. Dlatego w najbliższym tygodniu dołączę do setek, a może nawet i tysięcy konsumentów na świecie, którzy pokazują globalnym markom, że chcą ubierać się uważnie, kierując do nich z różnych zakątków świata pytanie: „kto szyje moje ubranie?”.

Źródła:

Marek Rabij „Życie na Miarę. Odzieżowe niewolnictwo”. Wydawnictwo W.A.B,

www.fashionrevolution.org

http://www.cleanclothes.pl